You are here
Home > Literatura > Grażyna Plebanek: Jest tyle sposobów na życie w zgodzie ze sobą, że trzeba tylko znaleźć swój, a nie katować się czymś, co inni wymyślili…

Grażyna Plebanek: Jest tyle sposobów na życie w zgodzie ze sobą, że trzeba tylko znaleźć swój, a nie katować się czymś, co inni wymyślili…

Co oznacza dla niej kobiecość? Dlaczego mieszka w Brukseli? Czy wierzy w monogamię? Dlaczego walczy o prawa kobiet? O czym marzy? Na te pytania odpowiedziała nam pisarka Grażyna Plebanek.

Fot. Ingrid Otto
Niezależna, pewna siebie, a przy tym bardzo kobieca. Długo szukałaś swojej definicji kobiecości?
To proces, który trwa. Pozwalam dochodzić do głosu różnym aspektom mojej osobowości na poszczególnych etapach rozwoju, nawet jeśli wydają się sprzeczne. W nieśmiałej dziewczynce tkwił zalążek niezależnej nastolatki, która chciała opłynąć świat w regatach samotników. Nie zdusiłam jej, nauczyłam się żeglować. W podróżniczce tkwiła kobieta kochająca, matka. Poszłam i za tym głosem, związałam się, mamy wspaniałych synów. W matce, partnerce, przyjaciółce, kochance była i część męska, bo wszyscy mamy w sobie żeńskie i męskie elementy. Pozwoliłam i jej wychynąć na światło dziennie – napisałam „Nielegalne związki” z punktu widzenia mężczyzny. Oddaję też głos tkwiącej we mnie aktywistce, jestem artystką zaangażowaną. Zawsze walczyłam o prawa kobiet, ale teraz w Polsce to szczególnie ważne, bo chce się nas uprzedmiotowić, pozbawić wyboru.
Żeby dojść do własnej prawdy, dowiedzieć się, kim jestem, odrzucałam szufladki, w które usiłowało mnie wpakować tzw. społeczeństwo, czyli szkoła, tradycja, system patriarchalny, polityka zmieniających się rządów. W szkole miałam być odtwórcza, recytować „Kobieto, puchu marny…” i czytać Sienkiewicza, gdzie kobiety nie miały żadnej siły sprawczej, a ich seksualność była czymś obrzydliwym i zagrażającym porządkowi społecznemu – za to Jagnę z „Chłopów” wywieziono na taczkach, wyrzucając ze wsi. W kościele miałam być posłuszna i wierzyć w jednego, męskiego boga, którego zasłużeni święci mówili: „Kobieta jest istotą pośrednią, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga. To naturalny porządek rzeczy, że kobieta ma służyć mężczyznie.” (św. Augustyn). Święty Tomasz mu wtórował: „Kobiety są błędem natury… z tym ich nadmiarem wilgoci i ich temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu… są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny… Pełnym urzeczywistnieniem rodzaju ludzkiego jest mężczyzna.”
System patriarchalny dawał o sobie znać, kiedy mówiono mi, że jako dziewczyna nie mam szans nauczyć się matematyki. Najwyraźniej się jej nauczyłam, bo kiedy zaczęłam pracować jako korespondentka agencji Reutera, pisząca o Giełdzie Papierów Wartościowych, obliczyłam, że jako kobieta zarabiam mniej niż moi koledzy. A i tak mieliśmy równościowego szefa, który dwoił się i troił, żeby tę różnicę zminimalizować. Był wyjątkiem.
Polityka państwa też widziała mnie w różnych rolach, i to często sprzecznych ze sobą. Gdybym urodziła się po wojnie, byłabym potrzebna na traktorach. Ale urodziłam się później, więc mogłam pracować. Do czasu, aż rynek wczesnego kapitalizmu nasycił się młodymi, wtedy przyszła fala zachęt, żeby młode matki zostawały w domach dla dobra dzieci i rodziny. Ojców do tego nie zachęcano. Rozkręcające się właśnie firmy nie chciały pomagać młodym matkom (ani ojcom) godzić pracę z domem, wolały stawiać na w pełni dyspozycyjnych czasowo singli.
Dziś znów się spycha kobiety do domów. Ale, jak przyjdzie tąpnięcie ekonomiczne, to będziemy nagle potrzebne. Śmiesznie to obserwować, to takie przewidywalne, zawsze ubrane w dętą ideologię, że rodzina święta, albo, że ku chwale ojczyzny.
Dlatego słucham siebie, myślę samodzielnie. Znam historie swoich przodkiń i przodków. Przyglądam się uważnie, co robią ludzie, którzy mi imponują. Np. moja ulubiona pisarka Margaret Atwood ćwierć wieku temu napisała „Opowieść podręcznej”, a dziś ta książka staje się przeraźliwie aktualna. W „Pani Furii” przeczułam nadciągający nacjonalizm, przemoc. Wniosek: słuchać tego, co w duszy gra. I o tym głośno mówić, przebijać się ze swoją prawdą, nie dać innym mówić za nas.
Atwood pisała też o konieczności ratowania ziemi przed rabunkową gospodarką człowieka. Dziś dna oceanów są niszczone przez przemysłowe połowy, szkody są koszmarne, nasze dzieci mogą się znaleźć w industrialnym, nieoddychającym pejzażu, gdzie zabraknie roślin i zwierząt. Trzeba ziemię ratować, to jest teraz najważniejsze. To pewnie moja kolejna definicja kobiecości/człowieczeństwa – kobieta, która żyje świadomie i reaguje, przeciwstawia się psujom.
Mieszkasz w Brukseli. To tam osadziłaś też fabułę swojej powieści „Nielegalne związki”. Przyznaję, że dotąd to miasto kojarzyło mi się z urzędniczymi światkiem, tymczasem Ty przedstawiasz je jako pełne energii, różnorodności. Dlaczego akurat tam postanowiłaś zamieszkać?
Żeby być w Europie, poznać ją jako jej mieszkanka, a nie turystka. Historia dała nam niebywałą szansę, żeby pomieszkać nie tylko w Polsce. Nasi rodzice byli skazani na życie w bloku komunistycznym, my dostaliśmy paszporty. Przeprowadziliśmy się z Warszawy do Sztokholmu, a po pięciu latach pobytu, do Brukseli.
Nic nie wiedziałam o Brukseli, kiedy się tu przeprowadzałam. Najpierw poznałam urzędników, białych, zarabiających astronomiczne sumy. To było faktycznie nudne. Potem ruszyłam na poszukiwania prawdziwego brukselskiego życia, poznałam innych ludzi. Dziś moje środowisko to artyści, sportowcy, ludzie pełni pomysłów. Dla nas różnorodność etniczna Brukseli to błogosławieństwo twórcze.   
Bruksela jest niezwykle złożona kulturowo, klasowo, etnicznie, generacyjnie, można by o niej napisać całe tomy. Inspiruje mnie nieustannie, już trzy powieści tu osadziłam.
W Brukseli na co dzień prawie nie ma chamstwa i za to też ją uwielbiam. W instytucjach trafia się na uprzykrzających życie urzędników, ale na ulicy jest dobrze, ludzie nie patrzą na siebie wilkiem. Ostatnio byłam w Austrii, ktoś koło mnie przepychał się w dawnym stylu, łokciami. Aż mu się przyjrzałam, bo odwykłam od tego. Niski mężczyzna z ogoloną głową i okularami przeciwsłonecznymi przyklejonymi do czaszki. To był Polak.
Jestem świeżo po lekturze „Nielegalnych związków” więc spytam wierzysz w monogamię?
Oczywiście. Są ludzie monogamiczni, są i poligamiczni. Jest tyle sposobów na życie w zgodzie ze sobą, że trzeba tylko znaleźć swój, a nie katować się czymś, co inni wymyślili. To się nazywa wolność i o nią trzeba walczyć.
W swoich książkach dużo miejsca poświęcasz właśnie kobietom, co Cię w nich fascynuje?
To, że są wciąż jeszcze nie opisane. Kiedy popatrzymy na mity, które stanowią podwaliny naszej kultury np. mit świętego Graala, tam wszystko jest dla mężczyzn. Analiza freudowska dotyczy etapów rozwoju mężczyzny, o kobietach wiemy od Dr Freuda, że cierpią na brak penisa. Baśnie też omijają kobiece doświadczenie, bo te baśnie, które znamy, które dotrwały do naszych czasów, są już wykastrowane przez kulturę podporządkowaną religii monoteitycznej, gdzie jedyny bóg występuje co prawda w trzech postaciach, ale wszystkie są… męskie. A co dla nas? Skąd czerpać wiedzę o kolejnych etapach życia? O naszych rytuałach przejścia, stopniach rozwoju? O tym, kim staje się kobieta po urodzeniu i odchowaniu dzieci?
Dlatego napisałam „Córki Rozbójniczki”, żeby pokazać przykłady wyborów kobiet, tych niezależnych, twórczych. Żeby pokazać prawdziwą kobiecość, a nie tę sfabrykowaną, podporządkowaną potrzebom kultury, w której żyjemy. W naszej kulturze mamy dla kobiety tylko dwie role: dziwki albo madonny. Nic pośrodku. Ani nic potem, kiedy już z racji wieku „dziwkowatość”, czy „madonnowatość” przestaje być aktualna. A człowiek nie przestaje być człowiekiem, kiedy wyrasta z młodości. Wręcz przeciwnie, coraz bardziej staje się sobą, jest coraz bogatszy. Do tego powinno się nas zachęcać, do rozwoju, cieszenia się nim. A nie do zwijania żagli, bo skóra nam wiotczeje.   
Oczywiście w Twoich powieściach nie brakuje też mężczyzn. W „Bokserce” przedstawiasz Barta, manipulanta i Cheicka, typowego, mocnego faceta. Z którym z nich mogłabyś się zaprzyjaźnić, polubić?
Z żadnym. Obaj pogardzają kobietami, tylko inaczej to okazują. Bart je patronizuje, traktując jak rozpaskudzone dzieci. Cheick ich używa. Przyglądam się zawodowo takim typom, ale w życiu ich omijam. Cenię mądrych mężczyzn, bez kompleksów, z pasjami, którzy potrafią kochać naprawdę, czyli iść w związku na kompromisy i go współtworzyć.
Czy krytyka Cię jeszcze w jakiś sposób dotyka?
Konstruktywnej używam do tego, żeby poprawić coś w warsztacie. Podszytą kompleksami – ignoruję.
Od lat walczysz o prawa kobiet. Jak nazwałabyś etap na jakim teraz jesteśmy w Polsce? Długo jeszcze będziemy musiały walczyć?
Cofka. Dziś Polska przypomina dorosłego, który cofnął się do etapu kryzysu dwulatka. Psoci, bije, zabiera zabawki, wali innych łopatką po głowie. Jeśli nie zdyscyplinujemy go, wlezie nam na głowę. To jest moment, kiedy trzeba powiedzieć „nie”.
Postuluję, żebyśmy my, kobiety, odzyskały macierzyństwo. Żebyśmy nie pozwoliły mówić o nim w naszym imieniu. To jest nasze doświadczenie i nie wolno nam go zabierać i nim manipulować do osiągania doraźnych celów politycznych. Nikt nie będzie rodzicom dyktował, kiedy mają się nimi stać, z kim, po ślubie, przed i czy w ogóle. Na pewno nie wybrani przez nas politycy, czyli de facto wynajęci na kilka lat ochotnicy.
Postulujemy z Sylwią Chutnik, z którą piszemy razem felietony w „Polityce” hasztag #odzyskujemymacierzyństwo. Niech kobiety o nim mówią, a ojcowie niech mówią o ojcostwie. Potrzebny jest głos rodziców, a nie polityków, którzy chcą się zaczepić na dłużej na posadkach.
Ciekawi mnie, czy masz swoje rytuały związane z pisaniem?
Piję notorycznie czarną herbatę z listkami świeżej mięty. Poza tym jestem mobilna, wielozadaniowa, towarzyska, rodzinna, sportowa, nomadyczna. Notuję w autobusach, na lotniskach, piszę w hotelach. Chociaż najbardziej lubię pisać u siebie, słysząc z jednej strony odgłosy miasta, z drugiej roszady ptaków na gałęziach drzew. Bruksela jest zielona, zimy są tu łagodne, wiosny pełne słońca. Nie rozumiem narzekań malkontentów na tutejszą pogodę. Pierwsze, co mnie zachwyciło tu, jak przyjechałam, to niezwykłe światło. Gdybym umiała, to bym je malowała i fotografowała. Na szczęście są tacy, którzy to robią, ja je mogę za to opisać.
O czym marzysz?
O tym, żeby pomieszkać z bliskimi nad oceanem. Jak już go uratujemy. Zachęcam wszystkich, żeby się przyłączyli do dbania o Ziemię. Tyle od niej dostajemy, a traktujemy ją jak niewolnicę. Tyle, że bez niej i nas nie ma.

Więcej ciekawych wywiadów znajdziesz w naszym majowym e-wydaniu! 147 stron inspiracji stworzonych z myślą o Tobie.

5 thoughts on “Grażyna Plebanek: Jest tyle sposobów na życie w zgodzie ze sobą, że trzeba tylko znaleźć swój, a nie katować się czymś, co inni wymyślili…

  1. erp system in malaysia …we prefer to honor quite a few other web web-sites on the web, even though they aren?t linked to us, by linking to them. Underneath are some webpages worth checking out…

  2. If you would rather keep it neighborhood, find out the things they can supply you with
    to get started to get a very low budget. As you start to see increased
    sales volume, devote some of the profits in direction of
    other SEO campaigns. Continue that process till you’ve got whatever you want
    and need firmly set up.

Dodaj komentarz

Top